St Abbs- klify, wiatr i wieś.

Jesteś w Edynburgu. Na krótko, lub też na dłużej… Miasto delikatnie Ci się już przejadło i bardzo, ale to bardzo chcesz zobaczyć, co znajduje się poza jego granicami. Może jakąś wieś, mniej uczęszczane miejsca? Morze, które wygląda, jak na obrazkach i nie jest szarą zatoką, do której już się przywykło? No więc jeśli tylko masz jeden wolny dzień, jest fajna opcja. St Abbs! Wystarczy się jedynie zapakować w autobus i w niecałe dwie godziny jesteś w naprawdę ładnym miejscu. St Abbs- wycieczka na klify. Pewnego, sierpniowego poranka, płacąc niecałe £16 za bilet w obie strony, o 8.10 wyjechaliśmy z Dworca Autobusowego w Edynburgu (znajdującego się przy St Andrew’s Square) do miejscowości Coldingham w hrabstwie Berwick. Podróżowaliśmy autobusem nr 253 przewoźnika Borders Buses, który swoją trasę kontynuuje aż do Berwick upon Tweed. Co prawda mieliśmy okazję zajechać, aż do samego St Abbs, ale nasze zwiedzanie okolicy rozpoczęło się już w Coldingham. Oba miasteczka dzieli dystans ok. 2 km, więc to na prawdę niewiele i zawsze jest to okazja do dłuższego przebywania na świeżym powietrzu. Wędrując asfaltówką łączącą obie miejscowości w pewnym momencie odbiliśmy w polną ścieżkę. Jest to tzw. creel path, którą w przeszłości przemieszczali się rybacy. Z Coldingham nad morze. Creel to szkockie określenie na wyplataną skrzyneczkę, w której przechowuje się rybackie zdobycze. Wieś St Abbs tak na prawdę rozwinęła się dopiero w XIX w. a do tego czasu okolica ta znana była jako Coldingham Shore. Wspomniana ścieżka łączyła oba miejsca, ale również dziś jest szlakiem, którym chętnie uczęszczają piesi. Jak dobrze, że obecnie już nikt nie musi dźwigać ze sobą rybackich sprzętów… Obecnie St Abbs w dalszym ciągu utrzymuje się z rybołówstwa, ale również i z turystyki. Znajdziemy tu z pewnością miejsce na nocleg, bary, kilka baz nurkowych no i to, po co przybyliśmy my sami- szlak turystyczny biegnący wzdłuż klifów St Abbs Head, a potem dookoła jez. Mira Loch. Morze w tych okolicach jest niezwykle przejrzyste, pełne życia. 18 sierpnia 1984 r. David Bellamy założył tu Rezerwat Morski. Jest to wspaniały punkt nurkowy, polecany również dla początkujących. Znajduje się tu rafa zimnowodna, a krajobraz podwodny jest na prawdę zróżnicowany. Jeśli nie nurkujemy można zabrać również dzieciaki, wziąć udział w Sea Safari i pobawić się w odkrywanie morskiego życia z brzegu (fp organizacji, która organizuje takie atrakcje). Szlak na St Abbs Head. Z creel path trafiliśmy do miasteczka. Przejście wzdłuż niego to zaledwie kilka minut, w trakcie których można poobserwować port i rzucić okiem na klify wyrastające z morza po naszej lewej stronie. Spacer wzdłuż szlaku rozpoczęliśmy nad zatoką Starney Bay. Po wyjściu na klif znajdujący się tuż nad nią można nacieszyć oczy malowniczą panoramą z St Abbs na pierwszym i Eyemouth na drugim planie. Ścieżki nie sposób zgubić, a poza tym małe są szanse, że na szlaku będziemy sami. Pętla do przejścia znajduje się na terenie Narodowego Rezerwatu i ma długość 6.25km. To ok. 3h naprawdę spokojnego marszu. Jest to raj dla “ptasiarzy” i obserwatorów przyrody. Akurat nie byliśmy tam o dobrej na obserwację ptaków porze, która przypada podczas wiosennych i jesiennych migracji. Gniazdują i zatrzymują się tu m.in.: maskonury, alki zwyczajne, rissy, nurzyki, sokoły wędrowne, kormorany itd. My zauważyliśmy jedynie pliszki, pustułki i grzywacze. Trzeba będzie wrócić wiosną… 🙂 Trasa biegnie po zróżnicowanym terenie. Podejść jest kilka, ale nie są one szczególnie forsowne. Wokół nas wypasały się owce i krowy, tak więc i ścieżka była przyozdobiona bobkami na całej niemal długości. Zajęcze, małe trupki, fragmenty nadgryzionych futrzaków to też nierzadki widok. Jeśli się rozejrzysz zauważysz, jak dużo tam norek dla zająców i innych gryzoni. Wszędzie porasta trawa, przeróżne zioła i kwiaty. Przyciąga to dużo motyli, a na terenie rezerwatu można zaobserwować endemiczny gatunek motyla Northern Brown Argus z rodziny modraszkowatych. Ściany klifów ukształtowane są z bordowej skały wulkanicznej z okresu dewońskiego, natomiast tereny nieco oddalone od klifów to wypiętrzone dno oceaniczne z epoki syluru. Dokładnie widać to podczas podejść na wzniesienia, na których prześwitują miejsca nieporośnięte trawą. Wizyta u latarni morskiej. Kolor podłoża jest zupełnie inny, niż kolor klifów. Fajne miejsce do obserwacji geologicznych. Pokonując drugie podejście trafiliśmy na wzniesienie z latarnią morską, oddaną do użytku w 1862r. Na początku paliwem w latarni był olej. Światło żarowe pierwszy raz zabłysnęło tam w 1906, a w 1966 r. w końcu pojawiło się oświetlenie elektryczne. Podczas silnych mgieł, kiedy sygnał świetlny nie wystarczał używano potężnych sygnałów dźwiękowych z syreny mgłowej, której konstrukcję zauważyć można w pobliżu latarni. Spektakularne klify. Zaledwie pół kilometra na południowy-wschód od latarni znajduje się wzniesienie Kirk Hill i to na nim w VII w. wznosił się klasztor, wokół którego w prymitywnych chałupach zamieszkiwali mnisi i mniszki. Między 680 a 690 rokiem klasztor niefortunnie spłonął, a na jego miejsce nie zbudowano już nowego. Wprawione oczy ponoć potrafią znaleźć ślady po bytności ludzi w tamtym miejscu. W okolicach latarni ścieżka zamienia się w wąską asfaltówkę. Owiec też coraz więcej, na szczęście są pokojowo usposobione i raczej się płoszą na widok ludzi. Już podczas zejścia w dół roztacza się wspaniały widok na klify ukształtowane w ciekawy sposób. Ich wysokość to ok. 90 m. Po lewej, w dolinie połyskuje jezioro Mira Loch, a my w tym czasie zdecydowaliśmy, że trasę będziemy kontynuować ścieżką biegnącą prawym brzegiem jeziora, a nie droga utwardzaną. Był to dobry wybór, bo trochę sobie podjedliśmy jeżyn… 🙂 Mijając jezioro podeszliśmy w górę i tam znów trafiliśmy na asfalt. Stamtąd już tylko prosto, do parkingu, z którego opcjonalnie można rozpocząć wędrówkę i zakończyć w miejscu, w którym my zaczęliśmy. Na terenie rezerwatu rzecz jasna stosujemy się do nakazów, czyli: nie zostawiamy żadnych śmieci, nie niszczymy i nie przeszkadzamy otaczającej nas naturze, sprzątamy po psach, jeśli postanowiliśmy zabrać je ze sobą. Jeśli natrafimy na bramki, zamykamy je za sobą. Szlaki na wyspach w wielu przypadkach wiodą przez tereny prywatne i jeśli właściciel z szacunkiem i zaufaniem udostępnia nam przejście, my również odpłacamy tym samym 🙂 W drodze powrotnej z St Abbs do Coldingham- na piechotę rzecz jasna- cieszyliśmy się jak dzieci wiejskimi klimatami. Trwały żniwa, wokół pełno było zbożowych pól, a mijani ludzie pozdrawiali nas z uśmiechem. Nie jesteśmy w ogóle miejskimi zwierzakami, więc ten jednodniowy wypad uszczęśliwił nas tak bardzo, że obiecaliśmy sobie, że to nie ostatni raz. Autobus powrotny złapaliśmy o 15.00 i w niecałe dwie godziny byliśmy w Edynburgu z powrotem, przedzierając się przez na prawdę dzikie tłumy gości festiwalu Fringe.